This website will not display properly without JavaScript enabled - Ce site ne peut pas s'afficher correctement sans JavaScript - Strony nie wyświetlą się poprawnie bez JavaScript.

Dlaczego UE pozwala okradać się?

Polska traci rocznie 46 mld zł podatków niezapłaconych przez międzynarodowe koncerny ; cała Unia Europejska — 300 mld euro. Kolosalne pieniądze, których brak odbija się na jakości życia europejczyków i przyspiesza ryzyko rozpadu Unii.

W Polsce tak rzadko porusza się ten temat, że nie oparłem się pokusie nieautoryzowanego przedruku.


Źródło: Gazeta Wyborcza, sobota 15 kwietnia 2017, Wielki Format 
Z prof. Dominikiem Gajewskim rozmawia Grzegorz Sroczyński

Co jest przyczyną?

— Brak solidarności. W 2008 roku przyszedł kryzys każdy kraj zaczął sobie radzić na własną rękę. Ratuj się kto może! Weźmy Austrię: mieli kłopoty z bankami, eksport spadł mi o 20%, więc co zrobili? Oskubali sąsiadów. Rząd wprowadził przepisy, które pozwalały holdingom z innych krajów Europy nisko opodatkować zyski: "przyjdźcie do nas, a damy wam realną stawkę kilkuprocentową". Patent bezczelny, ale skuteczny. Odbyło się to głównie kosztem do Włoch, Węgier, Słowacji i Czech.

Bo firmy zaczęły przenosić fabryki do Austrii?

— Skąd! Tylko zyski na papierze. Jeśli kieruje Pan dużą firmą produkującą meble we Włoszech, to nie przyniesie się Pan z całym majdanem do Austrii. Po co? Rejestruje Pan spółkę w Wiedniu i płaci odtąd realnie 6% podatków.

To jest zgodne z unijnym prawem?

— Nie jest. Czesi się wściekli. Złożyli oficjalny protest do Komisji Europejskiej. "No jak to? Austria robi takie numery, a wy nie reagujecie". Bruksela uruchomiła procedurę kontroli.

Jak z naszym Trybunałem?

— Tak. Powołała zespół. Zespół sprawę badał. Przesłuchał przedstawicieli krajów poszkodowanych i przesłuchał Austriaków. Argumenty, tłumaczenia, dyskusja. Po kilku miesiącach Austria dostała tzw. decyzję żółtej kartki. Odwołała się. Znowu argumenty, dyskusje, tłumaczenia. Czas leci. Żółta kartka się uprawomocniła, to potem jest kartka czerwona. Kolejne odwołania. Trwało to rok, filmy przez cały ten czas miały raj podatkowy. W końcu Bruksela wysłała do Wiednia decyzję: "Macie to zmienić".

A Wiedeń: "Nie będziecie nam mówić!" ?

— Przeciwnie: "Ależ oczywiście, szanujemy wartości europejskie, bardzo przepraszamy i już zmieniamy". Z dniem 31 grudnia przepisy zlikwidowali, a od pierwszego stycznia wprowadzili inne, które działają bardzo podobnie.

Cyrk.

— Jest jeszcze ciąg dalszy. Otóż Czesi i Słowacy po tej lekcji zmienili taktykę: "No pięknie. Unia nam nie pomogła. Austria bawi się z nami w kotka i myszkę. Zróbmy to samo". Postanowili wejść do gry i oskubać kogoś innego. Kogo Czesi i Słowacy mają jako takiego wypasionego miśka?

Polskę?

— No oczywiście. Proszę zwrócić uwagę, Ile luksusowych samochodu zaczęło jeździć po Warszawie na czeskich numerach. I nie przyjechali tutaj turyści. Firmy – zwłaszcza ze Śląska – rejestrują działalność w Czechach i tam się rozliczają z podatków.

Przecież stawki podatkowe dla firm w Polsce i Czechach są takie same.

— Bo na tym polega inteligientny raj podatkowy, że pozornie wszystko jest w porządku. W Austrii oficjalne podatki też są wysokie. "My zaniżany podatki? Ależ skąd! Spójrzcie na nasze stawki!" — odpisują Brukseli. Czesi przyjęli taką taktykę: "Przyjdź do nas, polski podatniku, a będziesz mógł korzystać z zasady gościnności podatkowej".

Gościnności?

— Jak pan przyjmuje gości na herbatce, to przy wyjściu nie sprawdza kieszeni, prawda? Firma może swój dochód zmniejszyć o różnego rodzaju koszty, które nie mają związku z działalnością. Oficjalnie podatek wynosi 19%, ale płaci go pan od jednej dziesiątej rzeczywistych zysków, bo resztę może wrzucić w koszty. I realne opodatkowanie to niecałe 2%.

I to się Czechom opłaca?

— Oczywiście. Bo mają zerowe koszty jako państwo. Im bardziej firma działa u sąsiada, tym lepiej mieć jej podatki. Tłumaczyć?

Tak.

— To weźmy przykład wielkiej europejskiej korporacji handlowej, która ma tysiące sklepów i miliardy euro obrotów. Jej ciężarówki wożą towary po drogach Niemiec, Francji, Włoch i Polski. Drogi się zużywają, prawda? Trzeba je remontować z podatków. Jak ciężarówka na wypadek i nikt się nie chce przyznać, to sąd rozstrzyga, kto winien. Sądy też utrzymuje się z podatków. Jak pracownik magazynu spadnie z drabiny, to ląduje w publicznym szpitalu. Kiedy osiągnie wiek emerytalny, to dostaje od państwa emeryturę. I tak dalej. Tam, gdzie firma działa i ma obroty, tam generuje też rozmaite koszty, które ponosi państwo. Podatki mają te koszty pokrywać. A tu nagle pojawia się dobry wujek w postaci małego Luksembourga albo Austrii, gdzie firma nie prowadzi żadnej rzeczywistej działalności: "My ci pozwolimy płacić 2%, ale rozlicz się u nas." Spijają śmietankę podatkową.

No ale to jest złodziejstwo.

— jest.

I co?

— Nic. Oficjalnie się do tego nie przyznają. "No jak to? Co się czepiacie? Mamy dobry system podatkowy, wysokie stawki, wszystkich praw przestrzegamy." Luksemburg potajemnie podpisywał umowy z wielkimi korporacjami na opodatkowanie zysków z stawkami od 1 do 3%. W 2014 roku dziennikarze to ujawnili i wybuchła afera Luxleaks. Okazało się, że Luksemburg ściągnął do siebie cały biznes europejski. 340 największych holdingów. Na tej liście byli wszyscy. Może Pan strzelać nazwami w ciemno.

Ikea?

— Była.

Coca-Cola?

— Była. Amazon, Google, Lukoil. Wszyscy liczący się na świecie — od Stanów Zjednoczonych po Rosję — płacą od swoich europejskich zysków od 1 do 3% podatku. Jeśli nawet nazwa jakiejś dużej firmy nie pojawia się w dokumentach z Luksemburga, to są różne spółki córki. Oficjalnie stawka podatków CIT w Luxemburgu wynosi 29%. "Mamy wysokie podatki". A pod stołem — 1%. Bo zastosujemy ulgi i zwolnienia, które nie funkcjonują nigdzie indziej. Wykorzystali stare regulacje z lat 50., które zapomniano skasować w trakcie przyjmowania Luksemburga do Unii.

Inni też tak robią?

— Szwajcaria. 3 lata temu straciła swoją najsilniejszą kartę, czyli to że była światowym centrum tajemnicy bankowej. Stany Zjednoczone najmocniej na to naciskały, bo tropiły po całym swiecie miliardy grup przestępczych, dochodziły do Szwajcarii i odbijały się od ściany. W końcu te ścianę skruszono, Szwajcarzy zgodzili się wymieniać informacjami. więc te szemrane miliardy już tam nie płyną tak szerokim strumieniem. Trudno utrzymać się z czekolady, zegarków I skoków narciarskich. Trzeba było wymyślić coś ciekawego. I teraz poszczególne kantony dilują z korporacjami.

Dilują?

— Specyfika systemu szwajcarskiego polega na tym, że każdy kanton ma sporą suwerenność i może ustalać indywidualne rozwiązania podatkowe w zależności od potrzeb holdingów. Jak się Bruksela próbuje wtrącać to Szwajcaria, która nie jest w Unii, może mówić: „Nie wasza sprawa". Oczywiście jeśli nacisk Brukseli jest silny, to w końcu ustępuje, ale za chwilę w innym kantonie pojawia się podobne rozwiązanie, które pozwala podatki optymalizować. Ostatnio odbyło się w Szwajcarii referendum. Pytano, czy państwo powinno przyznać obywatelstwo wnukom imigrantów. A przy okazji zadano też inne pytanie: „Kraje sąsiednie i Komisja Europejska naciskają, żebyśmy nie stosowali konkurencyjnych rozwiązań podatkowych. Czy zgadzasz się, żeby te rozwiązania były bardziej restrykcyjne?". I obywatele odpowiedzieli: „Nie". Chcą, żeby holdingi miały u nich preferencyjne stawki. Zgarną tylko 3%, Ale i tak się opłaci.

Bo nie ich drogi są rozjeżdżane.

— Tak. Holding otwiera w Szwajcarii biuro, które ma 50 m2 i prawa do znaku towarowego. Oddziały holdingu z innych państw Europy muszą tej szwajcarskiej spółce przelewać setki milionów opłat za korzystanie z tego znaku.

I cały swój zysk ta firma rozlicza w Szwajcarii?

— Niecały. Jak jest Pan prezesem wielkiej międzynarodowej firmy, to musi kombinować inteligentnie. W Niemczech zostawia pan do opodatkowania 5% rzeczywistego zysku, w Anglii — 3%. I te ogryzki opodatkowuje tamtejszymi wysokimi stawkami.

Po co?

— Żeby nikt się nie czepiał. Jeśli dziennikarze "Die Welt" na konferencji prasowej zapytają prezesa: "Czy płacicie podatki?", to może odpowiedzieć: "Płacimy! Aż 30%, według niemieckich stawek, proszę spojrzeć do bilansu". Jeden ze szwajcarskich trików to ulga nieruchomościowa. Holdingi mogły odliczać od podstawy podatkowej kredyt hipoteczny wzięty na nieruchomość. Powie pan: nic nadzwyczajnego, w wielu państwach firmy mogą odliczać obliczyć odsetki. Ale tam można było odliczyć całą ratę kapitałowo! Co to oznacza? Że holding, zamiast zapłacić podatki, kupował nieruchomość. Po 5 latach był posiadaczem dużego hotelu albo biurowca.

Ale po co takiemu holdingowi biurowiec w Szwajcarii, jeśli tak naprawdę nie prowadzi tam działalności?

— Po nic. Sprzedaje nieruchomość po 5 latach i ma czyste pieniadze niezapłaconych podatków. Prezes firmy nawet nie musi tego biurowca oglądać, to wszystko odbywa się za pośrednictwem wyspecjalizowanej kancelarii. A jak Pan zapyta prezesa o podatki: płacimy! Przecież w Szwajcarii stawka wynosi 21%, prosze sobie sprawdzić". Holdingi działają transgranicznie. Jakieś działanie u nas może być niedozwolone, ale jeśli przerzucimy je do spółki w Czechach, będzie dozwolone. Jeszcze inną część działalności przerzucimy do spółki w Irlandii. Fiskus wariuje, bo nie wie, jak do tego podejść. Oczywiście może Pan uciec dalej, do Afryki, na Kajmany. Każdy holding, tworząc swoją strategię podatkową, ma do dyspozycji derywaty, instrumenty hybrydowe, ich nazw urzędnicy nawet nie znają. Ciągle są nowy mody, jedne triki znikają, pojawiają się inne.

Ostatnio co jest modne?

— "Pożyczka obligacji szanghajskich". Cała Europa się z tym zmaga. Ten instrument jest tak pomyślany, że pozwala wytransferować cały zysk do Azji. Przerzucić go do spółki Szanghaju i kupić obligacje, które mają horrendalnie wysokie oprocentowanie. W slangu korporacyjnym mówi się, że te papiery są "wysoko uzyskowione". Przychodzi kontrola: "No jak to? Przerzuciłeś zysk na jakieś azjatyckie obligacje? Przecież mogłeś kupić obligacje krajowe". "Ale tamte mi dadzą 50% zysku, miałem cel ekonomiczny, żeby tak zrobić".

I gdzie jest trik?

— To jest fikcja.

Nie przynoszą takiego zysku?

— Ale kiedy to można stwierdzić? Po 5 latach, kiedy zobowiązania podatkowe się przedawnią.

Za 5 lat pieniądze z tych obligacji wycofam.

— Tak. Bez zapłacenia podatku.

I wszyscy wiedzą, że to jest oszustwo?

— Jak Pan to udowodni? Obligacje szanghajski są tak skomplikowane, że jak biedna pani Krystyna z urzędu skarbowego usiądzie nat tym, to załamie ręce. A jeszcze dokumenty przyjdą w obcym języku.

A jeśli to będzie Christine z brytyjskiego urzędu skarbowego?

— To na Christine jest jakiś inny sposób. Korporacje międzynarodowe monitorują państwa, sprawdzają na bieżąco orzecznictwo sądowe i słabe punkty urzędów skarbowych. Wiedzą, jakie słabości ma nasza Krystyna, a jakie brytyjska Christine. Azja jest teraz głównym ośrodkiem optymalizacji podatkowej z intelektualnym centrum w Kuala Lumpur. Zatrudnili najlepszych specjalistów z USA i Europy, dali im kosmiczne stawki. Jako prezes wielkiej firmy może Pan polecieć do Kuala Lumpur i powiedzieć tak: "Chcę wytransferować z Europy Środkowo-Wschodniej 30 miliardów euro. I oni sprzedadzą panu strategię szytą na miarę. Zbudują hybrydę z paru spółek i zaplanują kolejne ruchy polegające na przerzuceniu zysków między nimi.

Żeby zejść z podatkami na zero?

— Zwykle chodzi o zejście na 3%. Jest mniej więcej tak: robi pan trzy ruchy między spółkami i wtedy, zamiast płacić 19% podatku, płaci jakieś 6-7%. Sześć ruchów — można zejść na 3%. A może pan zrobić 18 ruchów i wtedy będzie zero.

Czyli uczciwość korporacji polega dziś na tym, że płacą w Europie podatki w wysokości 3% i łaskawie nie schodzą na zero?

— Niektóre schodzą. Wiele płaci 3%, inne — te mające skrupuły — 6-7%. Korporacje mają do dyspozycji 600 instrumentów optymiziacji podatkowej. Ale to nie wszystko. Jeśli prowadzi pan biznes w 10 europejskich krajach, to może korzystać z umów międzypaństwowych o unikaniu podwójnego opodatkowania. Zaczęto je podpisywać w latach 60., czyli w czasach, kiedy każdy robił wielkie oczy na określenie "umowa leasing". Są więc pełne dziur i nie uwzględniają zjawisk, z którymi mamy do czynienia dzisiaj. Ale nadal obowiązują. Dziś umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania służą unikaniu jakiegokolwiek opodatkowania. Każde państwo podpisało ich od 60 do 150. A proszę pamiętać, że umowy międzynarodowe mają pierwszeństwo nad ustawami krajowymi. Międzynarodowa korporacja może zbudować siatkę spółek i tak żonglować, że zapłaci 0,01% podatku. W świetle prawa.

Szwindel.

— Tak. Tylko nie ma sensu używać takich słów i pałać świętym oburzeniem. Nie chcę, żebym mnie odbierano jako moralistę, który prowadzi krucjatę przeciw holdingom. Bo państwa i rządy są tak samo winne. Brak skutecznej polityki powoduje, że prezesi holdingów muszą się zachowywać coraz gorzej.

vBo?

— jeśli pan jest prezesem, który na skrupuły, a ja prezesem, który skrupułów nie ma ; jeśli pan płaci podatki, a ja — działając w tej samej branży — agresywnie podatki optymalizuję, to kto wygrywa? Z oszczędności na podatkach mam dodatkowe spore pieniądze i przerzucam je na walkę z panem. Na przykład przez rok oferuję swoje produkty poniżej kosztów.

W Unii nie wolno stosować cen dumpingowych.

— Wielu rzeczy nie wolno. Tyle, że jako prezes holdingu jestem w stanie każdej kontroli wykazać, że to nie jest cena dumpingowa. Co ten uczciwszy prezes ma zrobić? Dwa lata wytrzyma, a potem pokaże słabe wyniki i akcjonariusze wyrzucą go na zbity pysk. Więc prezesami holdingów zostają ludzie, którzy takich skrupułów nie mają. Firmy widzą, że państwa nie reagują, że nie ma żadnych sankcji za agresywną optymalizację. To jest zjawisko psucia dobrego podatnika.

Czy Unia wie, że wielkie firmy płacą najwyżej kilkuprocentowe podatki?

— Wszyscy wszystko wiedzą. W 2014 roku po aferze Luxleaks rząd Luksemburga został zmuszony do przekazania Komisji Europejskiej dokumentów. Przekazał ich 7 mln. I widać tam czarno na białym, że holdingi od swoich europejskich zysków płaciły podatki w wysokości 1-3 proc.

I co?

— Było wielkie oburzenie, okrzyki, że to skandal. I sporo moralizowania.

Z którego coś wynikło?

— Niewiele. Dlatego właśnie jestem przeciwnikiem moralizowania, bo ono służy wyłącznie poprawie naszego samopoczucia, a nie żadnym realnym działaniom.

Ile budżety państw Europy tracą?

— Co roku 300 mld euro. To kwota wyliczona na podstawie dokumentów z Luksemburga.

To dużo?

— Kosmos.

Ale jak wielki jest ten kosmos? Czy gdyby ta kwota trafiała do budżetów, to nie byłoby problemu deficytów?

— Nie byłoby.

Nie trzeba by robić cięć w emeryturach, systemach edukacji I zdrowia, co miało
miejsce po kryzysie w wielu krajach Unii?

— Pewnie nie. A w każdym razie cięcia nie byłyby tak duże.

To ja czegoś nie rozumiem. Przecież to jeden z głównych problemów rządów europejskich, że mają deficyty i ciągle muszą oszczędzać. Holandia, Francja, Wielka Brytania — wszędzie tam przez ostatnie lata odbywało się odchudzanie sektora publicznego i wszędzie wywołało to frustrację obywateli.

— Tak. To jedna z przyczyn fali populizmu. Politycy głównego nurtu wiedzą, że coś z tym trzeba zrobić, tyle, że brakuje solidarności. Jedni próbują coś w podatkach załatać, a inni się wyłamują i mówią holdingom: „Zapraszamy do nas". Z wielkimi firmami dilują Luksemburg, Holandia, Austria, Czechy, Irlandia, zaraz zacznie dilować Londyn. Wiele państw przechodzi na złą stronę mocy. A reszta się zastanawia: „Może trzeba dołączyć?". Często słyszę na korytarzach w Brukseli takie rozmowy: "Nie liczymy już na solidarność, musimy chronić swój ogródek". „Może lepiej skubać, niż być skubanym?". Najbardziej irytujące, że to wszystko dzieje się w ramach Unii Europejskiej, gdzie powinny obowiązywać wspólne zasady. Co jakiś czas wybucha skandal, wszyscy są niesłychanie wzmożeni moralnie, wygrażają holdingom, ale późniejsze działania Brukseli są rozwadniane.

Na przykład?

— Komisja Europejska przyczepiła się w zeszłym roku do Irlandii, która pozwoliła firmie Apple zyski z całej Europy opodatkować stawką — uwaga — 0,005 proc. Odbyło się to kosztem wszystkich krajów Unii, również Polski, gdzie przecież ta firma sprzedaje swoje produkty. Wybuchł skandal, powołano komisję, która policzyła, że niezapłacone podatki Apple'a to 13 mld euro. Bruksela powiedziała więc do Irlandii tak: „No, tym razem przesadziliście. Musicie zażądać, żeby Apple oddał te 13 mld. A jak nie, to sami zapłaćcie".

I?

— Guzik. Kto się odezwał? Rząd USA. „Dlaczego nachodzicie nasze firmy?*. I Irlandia natychmiast potulnie ogłosiła: "Dziękujemy pięknie, nie chcemy tych pieniędzy, bo jesteśmy krajem przyjaznym dla biznesu".

Ekonomista Thomas Piketty pisze tak: „Irlandia najpierw była cudem, potem katastrofą, a teraz jest skandalem. Wprost nieprawdopodobne, że Unia pożycza jej 90 mld euro, aby ratować irlandzkie banki, a jednocześnie nie wymaga podniesienia stawki podatku od spółek. Pozwalamy w ten sposób na podkopywanie bazy podatkowej sąsiadów i nie ma to nic wspólnego z zasadami gospodarki rynkowej czy liberalizmu. To się nazywa kradzież. Pożyczać pieniądze tym, którzy nas okradli, i nie domagać się niczego, co by zapobiegło takiej sytuacji w przyszłości, to z kolei głupota".

— Zgadzam się z Pikettym. Przy czym on pisze o oficjalnym irlandzkim podatku od spółek, który i tak jest niski, bo wynosi 12,5 proc. Ale koncerny nawet tego nie płacą. Nie możemy wyegzekwować od Irlandii uczciwych zasad od lat. Mimo że jest z nami w jednym klubie. Największy problem z Irlandią miała Wielka Brytania, bo wiele spółek tam odpłynęło. A teraz z kolei cała reszta państw Unii będzie miała problem z Wielką Brytanią, która zacznie z korporacjami dilować. Firmy ulokowane w londyńskim City coś muszą dostać.

Dostać?

— Po Brexicie, żeby chciały w Anglii dalej działać. Wielka Brytania będzie nowym rajem podatkowym, mamy to jak w banku. Jestem przekonany, że wprowadzą jednocyfrową stawkę podatku CIT. Najpierw to będzie karta przetargowa w trakcie negocjacji brexitowych, będą tym szantażować całą resztę, a potem i tak to wprowadzą. Dżuma podatkowa drąży nas od wewnątrz. Dla Europy nie jest problemem raj podatkowy w Panamie czy na Kajmanach, bo z tym jako tako potrafimy sobie radzić. Problemem jest nieuczciwość między partnerami.

Facebook w 2014 roku zapłacił w Wielkiej Brytanii 4237 funtów podatku.

— Zgadza się.

Przy miliardowych przychodach.

— Owszem.

Tak na chłopski rozum: jeżeli firma działa w Jakimi kraju, sprzedaje swoje usługi za mlllard, wystawia faktury, to przecież urzędnicy skarbowi widzą to na swoich komputerach.

— Widzą.

Mogą ten miliard z faktur porównać z podatkiem w wysokości 4237 funtów i zameldować ministrowi finansów, że coś jest nie tak.

— Mogą.

Brytyjski minister może zadzwonić do prezesa Facebooka i powiedzieć: „No chyba żartujecie! Cztery tysiące funtów podatku? Albo płaćcie uczciwą dolę, albo do widzenia".

— Tak, genialne rozwiązanie. Tylko przyjmijmy, że jestem tym Zuckerbergiem. Po co mam sprzedawać usługi jako spółka zarejestrowana w Anglii? Sprzedam te usługi jako spółka irlandzka.

Jeśli nie płacisz podatków, to nie moiesz u nas w ogóle sprzedawać. Ani jako spółka brytyjska, ani Jako irlandzka czy luksemburska".

— Mogę, bo takie jest prawo. A żeby je zmienić, musi być wola wszystkich stron. Podobne regulacje. Harmonizacja.

Czyli wszystkie kraje Europy musiałyby wspólnie powiedzieć firmom: „Podatki macie płacić tam, gdzie zrobiliście obroty".

— Tak. I powstało takie rozwiązanie. Byłem w grupie ekonomistów, która na zlecenie Komisji Europejskiej je przygotowała. Prace trwały od 2000 roku. Patent nosi nazwę CCCTB, czyli wspólna skonsolidowana korporacyjna podstawa opodatkowania. Holdingi nie mogą przerzucać zysków. Płacą tam, gdzie faktycznie działają.

Dokładnie jak?

— Zyski koncernu ze wszystkich państw Unii są traktowane łącznie. Dopiero potem są dzielone na poszczególne kraje. Robi to specjalny algorytm, który uwzględnia, ile holding zatrudnia w danym państwie pracowników, jaki miał obrót i dochód. To wszystko są policzalne rzeczy. Przypadającą mu część zysku każdy kraj samodzielnie opodatkowuje według własnych stawek.

Skuteczne?

— Tak. Bo trudniej uciec.

Na Kajmany.

— Ale wtedy takiej firmie można powiedzieć to, co pan proponuje: „Nie możesz działać w całej Unii". I prezes się pięć razy zastanowi, czy stać go na rezygnację z rynku, na którym jest 500 min konsumentów.

Co się z CCCTB stało?

— To co zawsze. Na forum międzynarodowym wszyscy chwalili: „Świetny pomysł! Skończmy z optymalizacją!". A potem wspólnymi siłami dyrektywę w tej sprawie rozwodniono. Prace nad CCCTB trwały dwanaście lat. Uczestniczyłem w negocjagach, rozmawialiśmy z przedstawicielami rządów. Przyjeżdża minister finansów wielkiego europejskiego kraju z trzema osobami towarzyszącymi. Uścisk dłoni, przedstawiają się i słyszę, że te osoby towarzyszące to wiceprezesi oraz księgowi największych holdingów. W końcu w 2011 roku powstał projekt regulacji, która jest dziurawa.

Bo?

— Okazało się, że CCCTB ma być fakultatywne. To holding decyduje czy chce to rozwiązanie wybrać, czy nie. I nikt nie zrobił bezpiecznika, żeby uniemożliwić transfer zysków między starym, a nowym systemem płacenia podatków. Holding mógłby ogłosić, że korzysta z CCCTB, wszyscy biją brawo, a 90 proc. zysku rozlicza po staremu. Zresztą ta rozwodniona wersja CCCTB też nie została wprowadzona. Kilka krajów — między innymi Polska — zgłosiło weto. „Wkraczacie w nasze ustawodawstwo narodowe, zabieracie nam suwerenność podatkową" itd, Trwają prace. Może jeszcze coś z tego będzie.

A dżuma zaraża?

— Zaraża i mutuje. Społeczeństwa mówią: „Gdzie ta sprawiedliwość? Holdingi nie płacą, a wy znęcacie się nad biednym przedsiębiorcą, który nie ma gdzie uciec". To może prowadzić do rewolucji. Optymalizacja podatkowa ma poważne konsekwencje dla małych i średnich firm. Dusi je.

Jak?

— Państwo ma przecież ściśle określoną politykę budżetową. Musi zebrać środki, aby potem je wydać na swoje cele. Jeżeli od największych firm nie wpływa to, co powinno, to gdzie fiskus idzie? Do małego i średniego przedsiębiorstwa. Trochę jak na podwórku pod trzepakiem, gdzie łatwiej utoczyć małego, słabszego, niż dużego i dobrze zbudowanego. W zdrowym kapitalizmie jest tak, że dużym firmom siedzą na ogonie firmy średniej wielkości, które bywają sprytniejsze, bardziej obrotne. I co jakiś czas odnoszą sukces, następuje zdrowa wymiana liderów. Ten mechanizm działa dużo gorzej, jeśli średniak musi płacić podatki 20 proc., a wielki holding — 2 proc. I ten wielki ma dzięki temu środki, żeby konkurencję zadusić w zarodku.

Wiadomo, ile Polska traci na optymalizacji podatku CIT?

— 46 mld zł rocznie. Wynika to m.in. z dokumentów Luxleaks. Pokazały, z których krajów ile pieniędzy ucieka.

To prawie tyle co polski deficyt.

— Tak. Na korytarzach w Brukseli mówi się czasem o Polsce, że jest inteligentnym rajem podatkowym, skoro pozwala wielkim firmom nie płacić. Ale nawet jeśli mamy cechy takiego raju, to po pierwsze — przez przypadek, a po drugie — niczego na tym nie zyskujemy. Nie działamy sprytnie jak Austria czy Irlandia. Tylko: „się zrobiło".

Się zrobiło?

— Jesteśmy głupim rajem podatkowym. To, że nasz fiskus jest bezzębny wobec międzynarodowych korporacji, nie wynika z dilowania, tylko raczej z siły bezwładu. Nawet nie wiemy, jakie sposoby optymalizacji stosują u nas holdingi. To musi sprawdzić urzędnik na dole, a jeśli nie jest przeszkolony, to nie sprawdzi. Za miliardy z funduszy europejskich budujemy drogi, mosty, tunele. Wykonawcami są koncerny z całego świata. Ale jak pan spojrzy, jakie były wpływy z podatków w czasie, gdy unijne środki płynęły najszybciej, to okazuje się, że CIT nie drgnął. A powinny być przecież wyższe wpływy, skoro tyle się buduje. O co chodzi? Mędzynarodowe firmy doradcze, jeszcze zanim weszliśmy do Unii, sprzedawały pilotażowe programy, które pozwalały zoptymalizować w Polsce podatki w kontekście programów unijnych. Teraz zaczynają płynąć kolejne unijne miliardy. I są już gotowe, lekko zmodyfikowane rozwiązania podatkowe z poprzedniej perspektywy budżetowe.

Polska może coś z tym zrobić?

— Coś może. Trochę.

Żeby płacili 19 proc?

— No skąd! Tyle to oni nie będą płacić. Jakieś 10 proc. może da się uzyskać, gdybyśmy uszczelnili system. Żeby płacili pełną dolę — czyli uczciwie dokładali się do wszystkich kosztów państwa i zostawiali jakąś górkę — to można załatwić tylko przez solidarne działania państw Unii.

Wspólny rząd?

— CGCTB. I ponadnarodowy urząd fiskalny, który będzie w stanie się oprzeć naciskom rynków. Bo jeśli pojedyncze państwo wprowadzi zbyt restrykcyjne rozwiązania, to zaraz jest przez nie karane. Nawet silne Niemcy na zbyt wiele nie mogą sobie pozwolić. Paradoks polega na tym, że suwerenność wobec rynków można dziś zyskać tylko zrzekając się części prerogatyw państwa narodowego na rzecz takiego wspólnego silnego ciała.

Właściwie dlaczego pan jest po tej, a nie po tamtej stronie? Jako doradca podatkowy
zarabiałby pan więcej.

— Optymalizacja podatkowa od 20 lat ciekawi mnie naukowo. Wolę ją badać, niż wyszukiwać triki dla firm.

Badał ją pan głównie na Zachodzie.

— Bo u nas miałem za mało danych. Zacząłem się w tym specjalizować w latach 90. na studiach w Lublinie i wtedy uchodziło to za dziwactwo. Więc wyjechałem studiować techniki optymalizacyjne do Stanów. Potem wróciłem do Europy na uniwersytety w Wiedniu i Paryżu. Realizowałem projekt dla Komisji Europejskiej, wyszukiwałem luki w unijnym prawie podatkowym, które potem próbowano łatać. To, że byłem naukowcem, otwierało mi drzwi w niektórych holdingach, mogłem z bliska przyjrzeć się metodom optymalizacji.

Dlaczego wrócił pan do Polski?

— Bo w 2014 roku dostałem telefon z Ministerstwa Finansów. Mateusz Szczurek zaproponował, żebym pomógł stworzyć strategię uszczelnienia naszego systemu podatkowego. Pracowaliśmy ponad rok z całym zespołem. Strategia powstała, ale jej nie wprowadzono.

Dlaczego?

— Szczurek był mocno za. Próbował to przepchnąć. "Świetnie. Ale po wyborach" — zdecydowali politycy. Podejrzewam, że nie chcieli mieć jęków biznesu o gnębieniu kontrolami. Drobny i średni biznes to też są przecież wyborcy. Holdingi znakomicie to rozegrały PR-owo. Mówię to z pewnym podziwem. Elementem naszej strategii było wprowadzenie tzw. klauzuli unikania opodatkowania. Dzięki niej fiskus może zajrzeć w księgi rachunkowe korporacji, wyłowić dziwne transakcje, które służą optymalizacji, i nakazać zapłatę podatku w normalnej wysokości. Napuszczono media, mały i średni biznes zaczął krzyczeć, że to będzie brzytwa w ręku głupiej małpy, czyli państwa. Ministerstwo, niestety, nie potrafiło rozsądnie przeciwstawić się tej propagandzie. Tłumaczyłem Krajowej Izbie Gospodarczej zrzeszającej polski biznes: „To jest brzytwa na holdingi międzynarodowe, a nie na was!" Trochę się udało ich przekonać, więc opór zelżał, no ale zbliżały się już wybory i nic z tego nie wyszło. Naszą strategię — tzw. tarczę podatkową — pokazaliśmy posłom. Bardzo byli poruszeni, że budżet tyle pieniędzy traci: skandal!", „Trzeba coś z tym zrobić", itd. Po czym nikt się de facto tym nie zainteresował. Niech pan sobie wyobrazi, że po tej całej prezentacji dla posłów dostałem tylko jeden telefon — z ambasady jednego z sąsiednich krajów. Próbowali mnie ściągnąć do siebie, żebym doradzał ministrowi finansów.

No ale coś się panu w Polsce udało?

— Nie bardzo. Moim jedynym sukcesem jest to, że wyciągnąłem problem spod dywanu. Parę lat temu polscy politycy o tym nawet nie mówili.

Nie wiedzieli?

— Wiedzieli. Tylko jak się zaczyna o czymś mówić, to pojawia się problem: „No ale co z tym robicie?!" — pytają dziennikarze. A ponieważ nie mamy w administracji specjalistów od optymalizacji podatkowej i nie bardzo wiadomo, co robić, to politycy woleli siedzieć cicho. Mówiono sporo o karuzelach VAT — czyli działalności przestępczej — bo z tym lepiej, gorzej, ale jakoś sobie umiemy radzić. Natomiast jeśli chodzi o opodatkowanie korporacji, to problem nie został ruszony.

PiS coś zrobił?

— Wprowadził klauzulę unikania opodatkowania, która została po poprzednim rządzie.

Zadzwonili do pana?

— Zadzwonili. Zaproponowali dalszą pracę w Radzie Przeciwdziałania Unikaniu Opodatkowania. Ale po roku zrezygnowałem.

Dlaczego?

— Bo wymiana kadr nie jest sposobem na walkę z unikaniem opodatkowania. Dużo niezłych urzędników z Ministerstwa Finansów odeszło do firm doradczych. Tymczasem uszczelnianie systemu trzeba robić czyimiś rękami. Najlepiej ludzi doświadczonych. Nawet najbardziej zdeterminowany minister sam tego nie dokona.

Ekonomista Thomas Płketty pisze tak: "Na poziomie światowym saldo finansowe
Jest ujemne. Jest to logicznie niemożliwe, o ile nie znajdujemy się w posiadaniu planety Mars. O co chodzi z tym Marsem?

— O to, że pieniądze znikają w czarnej dziurze. Na przykład amerykański bank centralny wpuszcza do obiegu finansowego 100 mld dolarów, a po roku z tych pieniędzy w obiegu zostaje tylko 80. Reszta znika.

Gdzie?

— W rajach. Bardzo łatwo transferować dochody poza jakiekolwiek systemy rejestrujące. Do państw w Afryce, Azji któte są poza systemami monitoringu. I nagle się okazuje, ze wielka korporacja nie ma pieniędzy, pracuje pro publico bono.

Ile pieniędzy jest w tych rajach?

— Nikt nie wie. Biliony.

Edward Lucas, publicysta „The Economist", proponuje, żeby zamrozić aktywa w rajach podatkowych, zlicytować je, a zyski przekazać do budżetów państw. Pisze tak: „Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że przyjdzie mi napaść kiedyś tak ostro na prawo własności, ale jeżeli nie przywołamy do porządku plutokracji, możemy ocknąć się wkrótce w świecie nowego bolszewizmu".

— Mocne. Proszę zwrócić uwagę, że napisał to publicysta bardzo prorynkowej gazety. Brak realnych działań ze strony państw powoduje, że w powietrzu zaczynają fruwać pomysły radykalne. To zrozumiałe. Ludzie, którzy do tej pory myśleli w kategoriach liberalizmu rynkowego, zaczynają mówić: „W biały dzień widać to złodziejstwo, nie można tak dalej". I społeczeństwa też zaczynają się uskrajniać, jak widzą te skandale.

A pomysł Lucasa, żeby raje podatkowe zlicytować?

— Chciałbym, żeby to było możliwe. Ale to nierealne. „Święte prawo własności", itd.

To jak?

— Już mówiłem — najbardziej skuteczne byłoby wspólne działanie całej Unii. Jest wielu ludzi, wiele środowisk i wiełe państw, którym naprawdę na tym zależy. Cała Europa nie jest jeszcze zainfekowana. Niemcy nie są. Wielka Brytania nie była. Hiszpania walczyła z oszustwami podatkowymi, mimo że dotykały rodziny królewskiej. Kraje skandynawskie — z pewnymi wyjątkami — też zachowują się uczciwie. Wciąż dużo siły jest po tej dobrej stronie. Rządy będą czuły coraz silniejszy nacisk społeczeństw. Jeszcze parę lat temu, gdy próbowałem z polskimi ekonomistami o problemie rozmawiać, słyszałem: "Holdingi podatków nie płacą? To są jakieś populistyczne opowiastki". Gdybym nie zajmował się tym jako profesor i nie miał wlełu lat doświadczeń zdobytych na Zachodzie, toby tutaj wariata ze mnie zrobili. Dziś klimat przyzwolenia znika, również w Polsce. Obywatele mają dość tego, że holdingi uprawiają jazdę na gapę. Mały i średni biznes też zaczyna rozumieć, że jest ofiarą tych praktyk. Albo klasa polityczna sobie z tym problemem poradzi, albo będzie musiała odejść. Bo puste budżety nie napełnią się same.


Dominik Gajewski
Prawnik, ekonomista, kierownik Centrum Analiz i Studiów Podatkowych Szkoły Głównej Handlowej. Autor kilku książek na temat unikania opodatkowania przez międzynarodowe koncerny. W marcu tego roku współorganizował w SGH konferencję „Międzynarodowe unikanie opodatkowania, a bezpieczeństwo państwa", której „Wyborcza" była patronem medialnym.

Podobne posty