O włóczce, swetrach i Nocy Czarów
Był sobie raz sweter, który chciał być włóczką. A raczej kilkoma włóczkami, gdyż był to sweter w różnych kolorach. Cały w przepiękny obraz pokazujący niebieskie niebo, zieloną łąkę i bawiące się na niej zajączki. Ale swetra nie obchodziły żadne włóczkowe obrazy ani to, jak bardzo się mogą one podobać dzieciom, którym mama kazała się ciepło ubrać. Wolał zostać włóczką, i już.
Sweter należał do pewnej dziewczynki imieniem Weronika. Nosiła go często, kiedy była całkiem mała. Aż z tego noszenia na łokciach swetra zrobiły się dziury, a na brzuchu - tuż obok bawiących się zajączków - pojawiła się wielka plama po frytkach z keczupem, której niczym nie można było wywabić. Wreszcie Weronika urosła i sweter stał się dla niej za mały, a że był tak zniszczony, nie można go było oddać innemu dziecku. Pewnego dnia dziewczynka niespodziewanie znalazła sweter w głębi szafy i postanowiła go spruć.
Będę miała mnóstwo pięknej włóczki - pomyślała. - Zrobię sobie z niej coś zupełnie innego, supermodnego i nic a nic nie dzidziusiowatego.
I rzeczywiście po jakimś czasie udało jej się zrobić nowy sweter, zupełnie niepodobny do poprzedniego. Był luźny, dłuższy z tyłu, a krótszy z przodu, a w dodatku o nierównych bokach. Jego kolory też nie przypominały już ani nieba, ani łąki, ani zajączków. Falowały i mieszały się ze sobą jak woda.
Także ten sweter, chociaż w nowym kształcie, wcale nie był z siebie zadowolony. Wolałem być włóczką - wołał bezgłośnie - wolałem być włóczką, czy nikt tego nie rozumie? - Ale, rzecz jasna, nikt go nawet nie słyszał.
Tymczasem moda się zmieniła i nie nosiło się już luźnych wdzianek, lecz obcisłe pulowerki. Weronika więc czym prędzej spruła drugi sweter i zrobiła z niego trzeci, z krótkimi rękawami. I chociaż miała więcej wprawy, sweterek wyglądał gorzej, bo włóczka była trochę zużyta. Czuł się też jeszcze bardziej fatalnie niż poprzednio. Nie tylko dlatego, że ciągle marzył o pozostaniu włóczką, ale że od tego prucia i przerabiania bolało go, jeżeli tak można powiedzieć, całe ciało.
Weronika też nie lubiła go za bardzo i w końcu spruła sweter zupełnie, bez żadnego pomysłu, co zrobić z włóczką. Była ona zresztą już tak poprzerabiana na wszystkie strony, pozrywana i pozwiązywana, poplątana i poskręcana, tak sfilcowana od ciągłego prania, że nie nadawała się już do niczego. Wreszcie dziewczynka wypchała nią poduszkę.
I tak w końcu włóczka była zadowolona. Leżała sobie cichutko w poduszce i gdy Weronika spała, szeptała jej do ucha bajki i wiersze.
O tym, jak kura-noc zniosła jajko księżyca, z którego wykluł się pisklak-słońce.
O czarownicy i wilkołaku, którzy chcieli straszyć dzieci, a że im się to nie udawało, z rozpaczy zmienili się w robaczki.
O Łamadze i Bałaganie, którzy zakochali się w sobie i wzięli ślub.
O drzewie, które umiało chodzić, i o kamieniu, który umiał fruwać...
Ale potem budził się dzień, Weronika wstawała i nie słuchała już żadnych opowieści, a włóczce nudziło się leżeć samotnie i milczeć. A że była trochę zaczarowana - może przez to niebo, łąkę i zajączki, którymi była dawniej - doskonale wiedziała, kiedy ma nadejść Noc Czarów. Staje się to jeden, jedyny raz w roku.
Tej akurat nocy nie opowiadała dziewczynce żadnych bajek, tylko rzuciła na nią zaklęcie mocnego snu. I przez dziurkę w poduszce (którą na szczęście Weronika zszyła niedokładnie) wydostała się na zewnątrz.
Pomagał jej księżyc i księżycowe strachy, drzewo i zakochany w nim wiatr, kamienie, które nocą zmieniają się w zwierzęta, i rosnące w lesie krasnoludki - bo wszyscy oni lubili słuchać opowieści o sobie. I podczas gdy cicho nucili specjalne Noco-Czarowe zaklęcia, włóczka trzy razy okręciła się wokół siebie, zatańczyła i zaśpiewała, zaczarowała się i sama z siebie zrobiła włóczkową dziewczynkę. Małą i miękką, kolorową i śmieszną: zupełnie jak prawdziwą. Nie chciała być już więcej ani swetrem, który chciał być włóczką, ani włóczką, która nie chciała być swetrem - chciała pozostać sobą, czyli dziewczynką jak lalka, lalką jak dziewczynka.
Wreszcie położyła się na płaskiej poduszce tuż obok głowy Weroniki i szepnęła jej do ucha:
- Jestem twoją przyjaciółką!
A potem, bardzo zmęczona, zasnęła.
I tak Weronika nie miała już ani włóczki, ani swetra, który mogłaby z niej zrobić, ani nawet miękkiej poduszki. Miała za to lalkę-przyjaciółkę. Nazwała ją Filka i zupełnie, ani razu, nie przyszło jej do głowy, żeby ją pruć czy przerabiać. W ogóle nie myślała o niej, że jest z włóczki. Ucałowała ją radośnie i z poduszki, którą kiedyś wypychała, uszyła Filce kołderkę.
Filka, podobnie jak zaczarowana włóczka, z której była zrobiona, nie umiała mówić tak, żeby ją wszyscy słyszeli. Ale z Weroniką i tak rozmawiało się jej wspaniale. To znaczy nocą nadal opowiadała lalka, ale za to w dzień - dziewczynka. Opowiadały sobie wzajemnie.
O tym, jak co noc myszka zamienia się w księżniczkę i nigdy na odwrót.
O bazyliszku, który przegląda się w lusterku księżyca.
O drzewie i wietrze, które dzielą się jednym cieniem.
O włóczce, która sama zaczarowała się w lalkę, i dziewczynce, która o tym opowiada... i jeszcze mnóstwo, mnóstwo innych historii.
I nie wiadomo, która z nich wierzyła w nie bardziej.