zofia beszczyńska

Muzyczny kot

Chcę opowiedzieć o kocie, a dokładniej kotce, która bardzo lubiła słuchać muzyki. Na pozór nie różniła się niczym od innych kotów, tyle że miała czarne futro w białe nutki. Jej oczy błyszczały jak serenady, a ogon poruszał się niczym fuga. Dostała na imię Aria.

Któregoś razu Aria postanowiła odwiedzić pewien muzyczny utwór.

Najpierw delikatnie nosem pchnęła drzwi, a gdy to nie poskutkowało, pomogła sobie łapą. Drzwi zaskrzypiały, jakby były ze szkła. Wewnątrz biegło mnóstwo szklanych stopni, które aż się prosiły o stukot cienkich obcasów. Lecz Aria nie miała butów, tylko miękkie łapy, i dlatego nie było słychać, jak idzie.

Za schodami rozciągał się pałac, a może ogród, w którym śpiewało mnóstwo ptaków. Kiedy wyczuły kota, zamilkły. Aria stąpała cicho po trawie, lecz każde źdźbło uginało się pod nią z cienkim brzękiem. I tak kotka, wchodząc do środka pewnego utworu muzycznego, całkiem go zmieniła.

Gdy skoczyła na drzewo, spadło zeń złote jabłko i potoczyło się po zielonomuzycznym zboczu: plum, plum. Potem wpadło do wody. A może to nie było złote jabłko, tylko zielonomuzyczny kamień? Arii nie robiło to najmniejszej różnicy. Siedziała na gałęzi i czatowała na ptaki. Na próżno.

Na próżno też ją wołałam: nic nie było słychać przez szemrzącą jak strumień muzykę. Muzyka szemrała jednostajnie i nie chciała się zmienić, zresztą nie wiedziała jak. Miała przecież nagle kota siedzącego w samym środku, ni w pięć, ni w dziewięć, i może czekała, co z tego wyniknie.

Aż w końcu z kryształowego pałacu – a może z wielkiej szarej skały, która rozpękła się na pół – bum! – wypadł, powiewając długą siwą brodą, straszliwie zagniewany potężny Klucz Wiolinowy.

Ziemia zadrżała, strumień zniknął. I po chwili wahania utwór zaczął się na nowo, tyle że zupełnie inaczej. Nie było już w nim miejsca na ptaki, a co dopiero na kota. Wyglądał raczej na początek wielkiej burzy z piorunami.

Aria, chociaż muzyczna, podobnie jak inne koty bała się deszczu i piorunów. Jednym susem przeskoczyła przez najgroźniejszą czarną chmurę i natychmiast, trochę tylko oszołomiona, znalazła się z powrotem w swoim ulubionym fotelu.

Utwór muzyczny, z którego w takim popłochu uciekła, jak był, tak pozostał zmieniony i mówiąc prawdę - dziwny. Pewnie dlatego do tej pory nie ma nazwy.

Aria zaś spogląda na mnie z niesmakiem za każdym razem, gdy ją wołam. Założę się, że wolałaby teraz mieć inne imię, na przykład Jazz albo, jeszcze lepiej, Rap. Takie, które w żadnym wypadku nie ma w sobie nic ze śpiewu ptaków, brzęku trawy i szumu wody – pod jakąkolwiek postacią.

Poprzedni | Następny

Menu Zofi Beszczyńskiej: