Kredki
Dostałam nowe kredki.
Pierwszego dnia narysowałam portret mojej starszej siostry Izy. Miała na nim brązowe włosy, zielone oczy i czerwone policzki: wszystko jak naprawdę. A kiedy obudziłam się rano, zobaczyłam, że ktoś jej dorysował rude wąsy. Na dodatek podkręcone.
Drugiego dnia narysowałam morze i plażę. Po morzu płynął statek pasażerski, a piasek miał taki kolor, jak słońce na niebie. A następnego dnia niespodziewanie odkryłam pasące się na plaży owce i pilnującego je juhasa.
Ale chyba najgorsza rzecz zdarzyła się z rysunkiem, który zrobiła moja starsza siostra Iza. Przedstawiał on Arktykę i było tam pełno śniegu, po którym skradał się biały niedźwiedź. Tymczasem rano na tym śniegu rosła ogromna palma, a dookoła niej pędziły dzikie bizony gonione przez dzikich Hindusów. Jakby tego było mało, na samym dole kartki stał Chińczyk i uśmiechał się głupio.
Wieczorem udałam, że idę spać. Ale gdy tylko zgasło światło, cicho wyszłam z łóżka i schowałam się za biurkiem. Na szczęście od okna padało trochę światła z ulicy.
Wkrótce usłyszałam podejrzany szelest. Wyjrzałam i zobaczyłam, że z pudełka na biurku powoli, jedna za drugą, wysuwają się kredki i ruszają do leżącej obok kartki papieru. I po chwili dopiero się zaczęło!
Czerwona kredka z furią rzucił się zamalowywać górny brzeg kartki. Domyśliłam się, że to miało być niebo.
Niebieska kredka szybko, jakby się bała, że ktoś ją ubiegnie, rysowała błękitną trawę, a pomarańczowa - spiczaste skały, nie wiadomo tylko dlaczego odwrócone do góry nogami. Zaraz też w ich wierzchołków zaczął wypływać brązowy strumień, w którym kąpały się ptaki w kwiatki i w kratkę.
Na niebie rozbłysło zielone słońce, a w trawie - fioletowy księżyc.
Małe granatowe kwiatki zamieniły się w ogromne żółte drzewa, w których gałęziach spały bielutkie tygrysy.
I nie wiadomo jak by to się skończyło, gdyby nagle nie zaczął padać ulewny deszcz: to zdenerwowała się czarna kredka. Deszcz padał, padał, aż zrobiła się ogromna czarna powódź, która zalała wszystko, a potem zapadła jeszcze czarniejsza noc.
Pomyślałam sobie, że stało się tak przez to, że nie zostawiłam kredkom żadnego rysunku, który mogłyby poprawić po swojemu.
Teraz, po tym wszystkim, musiały być bardzo zmęczone, dlatego pozwoliłam im odpoczywać cały dzień. Dopiero wieczorem zatemperowałam je na nowo i narysowałam ogród, w którym wszystko było inne niż naprawdę. Rosły tam drzewa malutkie jak kwiaty i kwiaty wielkie jak słonie, a na niebie kwitła czekoladowa trawa. Wszyscy, ludzie i zwierzęta, śpiewali i tańczyli dookoła palącego się w liściach krzewów błękitnego słońca, a w cytrynowej sadzawce odpoczywały czarne motyle podobne do kleksów. Wreszcie, na koniec, w ogrodzie rozbłysła tęcza z dwunastu kolorów.
Kredki wyglądały na zadowolone.