zofia beszczyńska

Kraina Kotów

Była raz sobie kraina, w której żyły i rządziły koty. Małe kotki tam wykluwały się z jajek, ptaki rosły na drzewach jak liście i były w różnych kolorach i smakach jak cukierki, a motyle wyfruwały z kapusty - i z kwiatów, naturalnie. Koty hodowały na grządkach myszy, które były warzywami i zamiast ogonków miały korzenie, i rzecz jasna nie poruszały się tak jak myszy, które my znamy. W wodzie pływały ryby, które same wyskakiwały na brzeg, gdy były już ugotowane i odfiletowane – żeby żaden kot nie musiał moczyć sobie łap ani tym bardziej omijać ości podczas jedzenia.

Każdy tam rodził się całkiem czarny, a dopiero z czasem bielał - jeżeli na to zasłużył dobrymi uczynkami lub, jeszcze lepiej, bohaterskimi czynami.

Żył tam pewien kot imieniem Fisiek, który był czarny w białe łapy. Jak można się domyślać, nie był bardzo zły, ale też nie całkiem dobry, chociaż się bardzo starał. Codziennie podlewał mamie myszy na grządkach, a ptaki zbierał z drzew dopiero gdy dojrzały, i delikatnie układał w koszyku. Miał też przyjaciółkę Misię, mieszkającą w sąsiedztwie, której nigdy, ale to przenigdy nie ciągnął za ogon ani tym bardziej nie przezywał od głupich Azorów. Obiecywał natomiast, że się z nią ożeni, gdy dorośnie i będzie już całkiem biały. Niestety chociaż rósł jak na drożdżach, nie bielał ani trochę, podczas gdy z Misi robiła się coraz większa blondynka.

Aż któregoś dnia usłyszał, że w okolicy rozpanoszył się straszliwy smok imieniem Bury. Miał ogon pozakręcany we wszystkie strony, pełno kudłów na całym ciele i okropny, głośny i chrapliwy głos. Nie był, jak mówiono, zbyt wielki, lecz za to nieobliczalny. Myszy wyciągał za uszy z ziemi i gonił je po wszystkich grządkach, a ptaki straszył, aż odlatywały do ciepłych – a może zimnych – krajów. Przygotowanego dla kotów mleka nie wypijał, ale rozlewał na wszystkie strony. Zjadał nawet ryby, i to w takich ilościach, że wkrótce zaczęło ich brakować. Nie było na niego żadnego sposobu.

Ale nie dla Fiśka, który w imię miłości postanowił smoka zwyciężyć. Zapakował sobie na drogę parę kotletów, które zostały z obiadu, naostrzył pazury, namaścił wąsy walerianą i ruszył w drogę.

Szedł, szedł, aż zobaczył dziwnego stwora, który biegał na wszystkie strony, machał ogonem i hałasował. Fisiek miał ogromną ochotę wskoczyć ze strachu na drzewo, ale zaparł się nogami i na Burego syknął. Bury się zdziwił. Podszedł do Fiśka, ale ten syknął jeszcze raz, pokazując wnętrze paszczy z wszystkimi zębami. Na trzeci raz – myślał gorączkowo – wystawię pazury! Ale do tego na szczęście nie doszło, bo Bury się cofnął. Po jego minie było widać, że się zastanawiał, co robić dalej.

- Bury, do nogi! – rozległo się nagle nie wiadomo skąd.

Potwór rozejrzał się niepewnie, jakby nie wiedząc, czy ma wrócić, czy zostać w sympatycznej Krainie, gdzie było tyle dobrych rzeczy do jedzenia i zabawy. Może nawet udałoby mu się zaprzyjaźnić z tym dziwnym czarnym stworzeniem w białe łapy. W końcu postanowił wrócić tylko na chwilę, żeby wszystko to wołającemu wytłumaczyć. Tak też zrobił, ale na nic to się nie zdało. Mógł sobie wołać "hau, hau", ile dusza zapragnie, a i tak nikt go nie zrozumiał. A że nie miał mapy, nie mógł już potem znaleźć do Krainy drogi.

I tak Fiśkowi udało się przepędzić strasznego smoka imieniem Bury. Dziwnym jednak trafem nie stał się od tego ani trochę biały.

A wkrótce się okazało, że również Misia nie była blondynką, tylko taką udawała, co rano tarzając się w mące. I że do końca życia miała pozostać czarna jak wnętrze komina. Z początku Fisiek myślał, czy się na nią nie obrazić i nie pójść, dokąd oczy poniosą. Ale po pierwsze, dopiero co z takiej wyprawy wrócił, a po drugie, chyba naprawdę był w Misi zakochany. A zresztą czy to ważne, jakiego ktoś jest koloru? Bohaterskie czyny nie zdarzają się na co dzień i nie każdemu. On sam był wciąż czarny w białe łapy, chociaż się bardzo starał, i nic nie wskazywało, by miało się to kiedykolwiek zmienić. Tak że, postanowił, pobiorą się z Misią choćby nie wiem co. I na pewno niektóre ich dzieci będą białe, inne czarne, a inne – kto wie? – białe w czarne łapy.

Poprzedni | Następny

Menu Zofi Beszczyńskiej: