Korona z gałązek
Pewien król imieniem Aleksander przechadzał się raz po lesie i ujrzał tam prześliczną dziewczynę. Miała długie brązowe włosy, zielone oczy i rumiane policzki. Nazywała się Letycja i była wróżką. Aleksander zakochał się w Letycji, a Letycja w Aleksandrze. Wkrótce wzięli ślub i wróżka zamieszkała w królewskim pałacu.
Ale chociaż wszyscy starali się jak mogli, by jej uprzyjemnić życie, chociaż dostawała śniadanie do łóżka, nosiła jedwabne sukienki, atłasowe sandałki, a na głowie koronę z prawdziwego złota, nie było jej tam dobrze. Król bardzo często był zajęty rozmaitymi ważnymi sprawami, a ona nudziła się w grubych i zimnych murach, bez leśnych ptaków, zwierząt i drzew.
Wybiegała to na taras, to do ogrodu, podziwiała wspaniałe kwietniki i cudowne fontanny, próbowała nawet rozmawiać z motylami, ale nie przestawała tęsknić za lasem. Zaczęła tam chodzić na wycieczki, coraz dłuższe i dłuższe, aż w końcu znikła na dobre.
Król wołał ją i szukał, ale na nic to się nie zdało. Zjawiała się tylko w nocy, głaskała go po głowie i opowiadała bajkę, a nazajutrz znów jej nie było.
Któregoś ranka Aleksander znalazł w pościeli zawiniątko. Była to mała dziewczynka, cała biała i lekka jak gołębie piórko. Dlatego nazwał ją Piórko. Od tej pory Letycja przychodziła w nocy także do niej. Opowiadała bajki, głaskała po głowie i całowała, może też uczyła jakichś czarów, a Piórko miała zawsze najpiękniejsze, kolorowe sny.
Dziewczynka wcale nie nudziła się w zamku. Król i dworzanie spełniali wszystkie jej zachcianki. Kupowali jej gumę do skakania i gumę do żucia, czipsy i coca-colę, i kasety z bajkami na wideo. W zamkowym ogrodzie urządzili jej wesołe miasteczko i ogród zoologiczny. Miała rower, deskorolkę, łyżworolki i mnóstwo innych rzeczy, a na śniadanie jadła lody. Wszyscy wokół psuli ją tak, że na pewno stałaby się najnieznośniejszym, najgorzej wychowanym dzieckiem na świecie, gdyby nie jej mama wróżka. Wciąż przychodziła nocą i szeptała jej do ucha różne różności, dzięki którym Piórko pozostała dziewczynką miłą, rozsądną i nic a nic nie rozpieszczoną.
Aż pewnego dnia w zamku zjawił się rycerz w zbroi czarnej jak sadza i ciężkiej jak ołów.
- Królu - oświadczył - proszę cię o rękę twej córki.
Aleksander nie mógł uwierzyć własnym uszom.
- Ale ona ma dopiero siedem lat! - wykrzyknął.
- Nie szkodzi - odparł rycerz. - Mnie to nie przeszkadza. A jeżeli się nie zgodzisz, spalę twój zamek i wszyscy zginiecie!
- Przyjdź jutro - powiedział król, żeby zyskać na czasie.
Piórko stała pod drzwiami i podsłuchiwała, wiedziała więc, co się święci. A król nawet nie udawał, że się na nią gniewa.
- Sama widzisz - rzekł - nie ma innego wyjścia. Tym bardziej że zamek jest zaczarowany i gdy Czarny Rycerz go spali, zginiemy nie tylko my, ale i całe królestwo.
- Nic się nie martw, tatusiu - pocieszała go Piórko - jakoś to będzie. Zresztą nie jestem znów taka mała.
Spakowała do plecaka rolki, zapas czipsów i gumy do żucia i trzy orzechy zerwane z leszczyny rosnącej pod jej oknem. Ucałowała serdecznie Aleksandra i wszystkich dworzan, wskoczyła na konia za plecami Czarnego Rycerza i wyruszyła w drogę.
Jechali, jechali, aż dojechali na pustynię. Na jej środku stał ogromny pałac, cały z powietrza.
- Jesteśmy na miejscu - powiedział rycerz. Zeskoczył z konia i podał rękę królewnie. Ledwo stanęła nogami na ziemi, koń zniknął. - Teraz pójdziesz do swej komnaty - oznajmił rycerz. - A wieczorem spotkamy się na kolacji.
I już go nie było.
Komnata Piórko też była cała z powietrza, ale meble w niej wyglądały zupełnie wygodnie. Na mieniącym się wszystkimi kolorami tęczy stole w przejrzystej wazie leżały najrozmaitsze owoce, błyszczące, jakby były ze szkła. Ale królewna nawet na nie nie spojrzała. Wyjęła z plecaka orzech.
- Mamusiu - powiedziała.
W jednej chwili orzech zamienił się w prześliczną wróżkę.
- Jeszcze nie mogę, jeszcze nie teraz - rzekła. - Ale powiem ci, co masz robić.
Ucałowała dziewczynkę i znikła, a Piórko poczuła się nagle tak śpiąca, że nawet nie spostrzegła, jak znalazła się w łóżku. I oczywiście nie słyszała stukania do drzwi ani gniewnych okrzyków Czarnego Rycerza. Spała mocno i miała jak zwykle piękne i kolorowe sny.
Z samego rana pobiegła na pustynię i położyła sobie na głowie ziarnko piasku. Nie minęła nawet sekunda, gdy z nieba spadł rzęsisty deszcz.
Przez cały dzień Piórko żuła gumę, jadła czipsy i jeździła na rolkach po pustych salach pałacu z powietrza, a wieczorem wyjęła drugi orzech.
- Jeszcze nie, córeczko - rzekła wróżka. - Jeszcze trochę. - I zdradziła jej kolejne zaklęcie.
Rano Piórko znów wybiegła na pustynię i położyła sobie na głowie kroplę deszczu. W tej samej chwili gdzie okiem sięgnąć mokry piasek pokrył się zieloną trawą.
Trzeciego wieczoru mama powiedziała:
- To już prawie koniec.
Rano Piórko położyła sobie na włosach źdźbło trawy, i natychmiast wokół rozkwitła łąka.
Ale czwartego wieczoru mama nie przyszła.
Czwartego orzecha w plecaku nie było.
Za to za oknem wyrósł dziwny czarny tulipan.
- Kim jesteś? - zapytała zdumiona dziewczynka.
- Jestem leszczyną - rzekł tulipan - podlej mnie, a wyrośnie na mnie milion orzechów jeszcze piękniejszych od twoich.
- To nieprawda! - zawołała Piórko i zerwała czarny kwiat.
Ale tulipana już nie było. Na jego miejscu stał przepiękny chłopiec o złotych włosach, niebieskich oczach i rumianych policzkach, zupełnie niepodobny do Czarnego Rycerza.
- Dziękuję ci, Piórko - powiedział z uśmiechem. - Jesteś odważna i mądra. Odczarowałaś mnie i mój kraj. Jestem jego królem i mam na imię Hilary. Czy teraz zechcesz zostać moją żoną?
- Bardzo chętnie - odparła dziewczynka. - Ale może jeszcze nie teraz?
- W takim razie odwiozę cię do domu. Weź tylko ten listek. Jest zaczarowany i nigdy nie zwiędnie. Wystarczy, że go dotkniesz, a wtedy natychmiast zjawię się przed tobą.
Królewna tylko czekała, żeby znaleźć się znów w rodzinnym zamku, najlepiej od razu na kolacji. Przez trzy dni chrupania czipsów i zagryzania gumą do żucia zdążyła mocno zgłodnieć. A zaczarowanych owoców, jak wiadomo, nikt nie je.
Wsiedli na pięknego konia, zielonego jak trawa, i pogalopowali do zamku króla Aleksandra. I tu się okazało, że zamek nie jest już z kamienia, tylko z drzew i liści. Aleksander zamiast zwykłej złotej miał na głowie koronę z gałązek, a obok niego stała Letycja. Z długimi brązowymi włosami, zielonymi oczami i rumianymi policzkami.
- Kochana córeczko! - zawołała - ty też tak wyglądasz. - I podała dziewczynce lusterko z wody.
Rzeczywiście Piórko nie była już biała, tylko podobna do mamy.
Następnie wróżka klasnęła w ręce i wśród drzew pojawił się stół zastawiony najrozmaitszymi smakołykami. Gdy wszyscy się już najedli, poszli spać, a rano wykąpali się w jeziorku. I tak żyli sobie wesoło i szczęśliwie, dzień po dniu.
Od czasu do czasu Piórko wyjmowała z plecaka listek, a wtedy na zielonym koniu przyjeżdżał Hilary i zabierał ją na łąkę do pałacu, który nie był już z powietrza, tylko z kwiatów i ziół. Wyprawiali tam wspaniałe bale dla ludzi i wróżek, tańczyli, śpiewali, jedli, pili i opowiadali sobie kawały, a gdy dorośli, wzięli ślub. Mieszkali to na łące, to w lesie - i pewnie żyją tam gdzieś jeszcze do tej pory.
Nie umarł też król Aleksander w koronie z gałązek ani jego żona Letycja, bo wróżki, ich mężowie i dzieci nie umierają nigdy. Najwyżej przenoszą się do bajek.